Irl-Ania — Wiersze
 
Strona główna

Na początek kilka starszych wierszy, z lat szczenięcych...

I rzeczy nieco nowsze...

 

A tu mamy wiersze najnowsze, powstałe w ciągu ostatnich miesięcy...


Sztylet (Twój)

Zimny i krwawy,
Przeszywa na wylot,
a jednak nie zabija.
Daje tylko namiastkę śmierci,
A ból trwa jedynie chwilę.
Zostają blizny, tam, gdzieś na duszy,
Lub rany nie zaleczone.
Mimo, iż żyję, mrok mnie otula
Swym niewidzialnym całunem.

Jest taki ostry, trudno uwierzyć,
By coś było gorsze od stali.
Ciosy zadaje bez cienia litości,
Tnie w strzępy jak oszalały.
I choć sięgnąłeś po niego łatwo – zbyt łatwo –
– to ci przebaczę.
Gdy wbijasz swój sztylet, aby mnie skrzywdzić,
Nic, oprócz Ciebie, nie tracę...


(...)

Umieraj serce, jesteś mi zbędne,
Wolę mieć w piersi kamień.
Skała nie czuje bólu, nie krwawi,
Nic nie jest w stanie jej zranić.

Giń, moja duszo, nie mam już duszy,
Lecz czarną, bezdenną studnię.
Bez ciebie lżej mi będzie na świecie,
Nieważne, kiedy umrę.

Odejdźcie łzy me, oczy już wyschły,
Zupełnie nie umiem płakać.
Nic już nie czuję, jestem jak bryła
Lodu, co nigdy nie pęka.


Śmierć Tristana

Na łożu miękkim i białym spoczywa
Cudny Tristan z nieruchomą twarzą.
Wargi ma wciąż soczyście czerwone,
Lecz na lica jego wstąpiła bladość.
Leży, nie drgnie, już nigdy nie wstanie,
By nieprzyjaciół gromić i pokonać.
Więcej nie dobędzie wiernego miecza –
– los mu nie zezwolił w ogniu walki skonać.
Dłoń jego martwa spoczywa przy boku,
Na poduszce heban rozrzuconych loków.
Głos dźwięczny na zawsze pozostanie niemy,
Zamknięty niebawem w berylu i ziemi.
Umarł więc Tristan, wciąż piękny i dumny,
Usta jego nie zaznają więcej pocałunku.
Wypił przeznaczenie z napojem miłosnym,
Dla dzielnego rycerza nie ma już ratunku.
Słodko przymknął szafirowe oczy,
gdy przez komnatę przemknął się cień
złocistych skrzydeł archanioła śmierci.
Zgasło życie Tristana. Zgasł za oknem dzień.
Tchnienie życia zamiera, słońce się dopala,
Cicho snem wiecznym śpi Tristan, lecz
Brak jest błogości na jego obliczu,
Gdyż w serca mękach zastygła mu krew.
Wśród pieśni żałobnej żegnać go będzie
Król Tintagelu – stryj nieszczęśliwy.
A w głuszy komnat padnie samotna,
Odtrącona żona, otwierając żyły.
Jednak, choć złożą go w zimnym grobie,
Z mogiły jego pod nocy osłoną
Wybuja kwiat ku trumnie Izoldy,
By opaść na ciężkim wieku z chalcedonu.

Nieobecnym — 1999


Modlitwa (Per aspera ad astra)

Podaruj mi życie, mój dobry Panie,
Podaruj uśmiech bez cienia goryczy.
Podaruj spokój znękanej duszy,
Osusz we łzach skąpane oczy.

Wskaż mi, mój Boże, ścieżkę właściwą
Na tym odwiecznym rozstaju dróg.
Pomóż zrozumieć, że życie moje
To wart zachodu, sensowny trud.

Postaw na mojej drodze człowieka,
Który obudzi mnie z tego snu,
W jaki zapadłam wiele lat temu.
I spraw, bym zdołała zaufać mu.

Ratuj mą duszę, Ojcze Najdroższy,
I serce, nim całkiem skuje je lód.
Oczyść mój umysł, bym spała spokojnie,
Żeby mnie ocalić, potrzebny jest cud.

Już tyle czasu szukam na daremno
Miejsca na ziemi, szczęścia i spokoju.
I wierzę uparcie, że dnia pewnego
Zmyję swój ból u Twego zdroju.

Że zniknie miecz znad mojej głowy,
Rozwieją się cienie, w mroku czające.
Że poprzez ciernie dotrę do kresu,
Gdzie niebo pełne gwiazd pałających.

Lecz jeśli Cię proszę o nazbyt wiele,
To lepiej, Boże, zabierz mnie stąd.
Ożyw pustynię, jaką mam w piersi,
Spraw, by zmieniła się w żyzny ląd.


Nigdy...

Nigdy nie dowiesz się, jaka jestem,
Póki nie zejdziesz na dno mej duszy.
Nigdy nie zgadniesz, co mnie boli,
A co raduje i co mnie wzrusza.
Nigdy nie pytaj, dlaczego płaczę,
Jeżeli w dłoni ściskasz me serce.
Nie waż się pytać o moje szczęście,
Jeśli przez ciebie wiję się w męce.
Nigdy nie żądaj ode mnie dowodu,
Skoro nie widzisz go w moich oczach.
I nie spodziewaj się po mnie stałości,
Jeśli sam kiedyś z drogi tej zboczysz,
Nigdy nie całuj mnie z obowiązku
Lub czystej żądzy, to antydramat.
Nie składaj nigdy pustych zapewnień
Ani obietnic, które zechcesz złamać.
Nigdy mi nie mów o tym, że kochasz,
Byleby coś ode mnie wyjednać.
Nie tul mnie nigdy do siebie czule,
Gdybyś ukrywał kogoś przede mną.
Nigdy nieszczerze mnie nie przepraszaj,
Fałszywie nie błagaj, nie bierz za ręce.
I proszę, nie patrz na mnie w ten sposób,
Bo nie zobaczysz mnie nigdy więcej.


Erotyk IV: Alchemia

Pal mnie, wypalaj, niech w ogniu drżą zmysły,
Niech w płynne złoto się zmienią me oczy.
Spal mnie na popiół, chcę płonąć jak żagiew
I błyszczeć jak gwiazda na niebie tej nocy.

Hartuj mnie, kuj i przetapiaj bez końca,
Jak nie kobietę, a bezcenny kruszec,
Niczym alchemik poszukuj wytrwale,
Aż znajdziesz swój kamień na dnie mej duszy.

W tej żądzy jest magia i chemia pospołu,
Chcę Cię próbować, smakować, pochłonąć.
Pragnę Cię badać każdym z mych zmysłów,
Poznawać, dotykać, słuchać i poczuć.

Więc nie przestawaj i przerwać nie pozwól,
Póki do brzasku jest jeszcze daleko,
Ale wraz ze mną w tym tyglu się zanurz
I mieszaj – stańmy się jednym człowiekiem.

Twórcami bądźmy dla siebie nawzajem,
Zgińmy, a potem narodźmy od nowa,
I niechaj chrztem nam będzie ów płomień,
Który nas spalił i z bólu uzdrowił.

Już pierwsze błyski majaczą za oknem
I papierowy księżyc maleje.
Ogień pod tyglem powoli zamiera,
Stygnie i złoto, i w kamień tężeje.

Wkrótce okrzepnie także i magia,
Zaśnie, pył srebrny na ziemię opadnie,
Na nic się zdadzą likwory, retorty,
Zbrzydnie to wszystko, co zdało się ładne.

Rano zwyczajnym znów będziesz, kochany,
Nie stanie w Tobie nic z czarodzieja,
Który mnie tworzył i w cuda kształtował.
Ja w pospolitość powracam, gdy dnieje.

Gdzieś się podziała ta magia tworzenia,
Co nocą w bóstwo zmieniła człowieka.
Czar prysł, uleciał z gorącej pościeli,
Tak, jak kochanek o świcie umyka.

Lecz, kiedy słońce znów w morzu utonie,
A mroku spowije świat cały aksamit,
Ożyją wnet czary, zapłoną ognie
I moc alchemii na powrót nas zbawi.


Erotyk V

Budzisz mnie ze snu...
Uczę się rozumieć, co to bicie serca
Zmartwiałego w głaz.
Rozpoznaję w sobie wypaloną czułość,
Więc nim znów zapomnę, przytul mnie choć raz.

Budzisz mnie ze snu...
Ożywiasz dotykiem, lekką pieszczotą
Swych gorących dłoni.
Wśród gwałtownych dreszczy rodzę się na nowo,
Uwalniam z niebytu lodowatej toni.

Budzisz mnie ze snu...
Każ krążyć mej krwi, niechaj płynie wartko
Przez wyschnięte żyły.
Przywracasz mi oddech każdym pocałunkiem,
W osłabione ciało wlewasz nowe siły.

Budzisz mnie ze snu...
Koisz moją duszę, każde twoje słowo
Jest dla mnie balsamem.
Który wraca wiarę i poi słodyczą.
Będę się nim żywić, gdy zostanę sama.

Budzisz mnie ze snu...
Jesteś iskrą życia, która we mnie płonie
I nigdy nie zgaśnie.
Cokolwiek się stanie, proszę Cię o jedno:
Mów do mnie, dotykaj, nie daj mi znów
ZASNĄĆ!!!


Tobie...

Jak woda kryształ srebrnym strumieniem,
tak po sam brzeg wypełnia mnie światło.
i kocham ciebie z każdym dniem mocniej,
bo przecież kochac cię jest tak łatwo.

Zasypiam z tobą, przy tobie się budzę,
choć kilometrów setki nas dzielą,
Gdy cię nie widzę, czekam na ciebie,
a doba z tobą wydaje się chwilą.

Jak mnie znalazłeś, mój ukochany?
Czemu rozkwitasz w mym sercu różą,
kiedy w około panuje zima,
co zwalcza słońce śniegową burzą?

Forteca z lodu bez oblężęnia
w ciągu dni paru została zdobyta.
Czemuż więc serce, z pieśnią wolności,
tak utęsknione, zdobywcę wita?

Wdycham tę ciszę, tak pełną ciebie,
i moja dusza przestaje być moja.
Odcieleśniona wtulam się w ciebie
i znów zasypiam w twoich ramionach.

I nawet we śnie piszę ci listy
pełne miłości, ślę je do rana.
A gdy się budzisz, w ciepłej pościeli,
znajdziesz mnie obok – mój ukochany.


Brak

Znowu cię ma, krzyczą te ściany,
czterej świadkowie miłosnych uniesień.
Umilkły śmiechy i ołowiana,
ponura cisza zapadła w mym świecie.

Łóżko jest puste, ostygła pościel,
ta sama, która nasz zapach wdychała,
piła łzy szczęścia, wzruszenia i bólu,
i śpiącą nagość dwóch ciał otulała.

Został mi tylko twój smak w moich ustach,
we krwi nie zrzedła jeszcze namiętność.
I moja skóra pamięta twój dotyk,
a w oczy wryła się twoja obecność.

Znowu cię nie ma... Zasnę dziś sama
i nie przebudzi mnie topaz twych źrenic.
Zamiast herbaty pić będę piołun
i zjem posiłek o smaku ziemi.

Książki na półce,zmięta sukienka,
czerwona róża w kieliszku kona,
kilka drobiazgów, rzucony krawat –
– ciche pamiątki po mym narzeczonym.

I tylko serce, choć od tęsknoty
krwawymi łzami bez przerwy płacze,
wie, że ty wrócisz i że niedługo
znów przyjaciela swego zobaczy.


Ballada o Złym Ludziku

Żył raz sobie pewien pan,
który nosił imię Jan.
Był to pan niepospolity,
elegancki i obyty.
Zdolny, mądry i przystojny,
nie uważał także wojny.
Lecz ten pan miał jedną wadę;
mały ludzik – wredny Jadzik,
ciągle szeptał mu do ucha
bzdury, których Jan wciąż słuchał.

I nie wierzył, gdy mówili
ludzie o nim rzeczy miłe.
Wiele kobiet, piękne wszystkie,
widziały w nim oczywiście
wielkie ciacho i ideał,
jednak on uwierzyć nie chciał.
Wredny Jadzik go omotał,
niech ktoś wreszcie da mu kopa
za te bzdury i mieszanie
w głowie Jana niesłychane.

— Co za oczy! — myśli panna.
— "Całkiem zwykłe" — Jadzik szepcze.

— Jaki uśmiech! — wzdycha druga.
— "Uśmiech? Bleach! Widziałem lepsze".

— Ach, ten wzrost, i ta postawa!
W tańcu lekki jak na lodzie.
— "Wielki może, ale zgrabny?
Jak łamaga toto chodzi"!

— Twarz anioła!
— "Chyba diabła"!

— Jak całuje!
— "Protestuję"!

— Chętnie bym go kochusiała.
— "Najwyżej byś się wyspała"!

I tak Jadzik lata całe
radził sobie doskonale.
Piękny Jan mu ślepo ufał
i tych bredni ciągle słuchał.
Ale przez to był wciąż smutny,
Choć przystojny i cudowny,
Nie dostrzegał wdzięku swego
i nie cenił nic własnego.
Aż tu nagle pewnej zimy
jakimś cudem, prosto z nieba
Bóg mu zesłał pewną panią
i Jan poznał swoją Anię.

Ania wielce bystra była,
Jadzika szybko odkryła,
i wiedziała, co ma zrobić,
żeby się bydlaka pozbyć.
Jana mocno pokochała,
cudne jamki całowała,
bez przerwy go przytulała,
komplementy powtarzała,
a gdy Jadzik się pokazał,
wredną dupę mu skopała.
Jadzik zawył, wystraszony,
biegać zaczął jak szalony,
wybałuszył wielkie oczy,
do swej norki prędko wskoczył.

Odtąd siedzi tam i milczy,
a gdy wyjścia popróbuje,
mądra Ania, ciosem w tyłek
do kryjówki go wkopuje.
Tym sposobem piękny Jan
nigdy już nie będzie sam.
Widzi wreszcie, że jest ładny,
mądry, cudny i powabny.
Żyją sobie razem z Anią,
jak papuŚki się kochają.
Jadzik czasem się buntuje,
a potem tego żałuje.

Z tego morał, drogie panie,
mamy jeden, radzę słuchać:
Jeśli z słów nie płynie skutek,
trzeba czasem skopać dupę.